Dzień Zwycięstwa День Победы
Po mrocznych czasach stanu wojennego polskie organizacje młodzieżowe zostały w połowie lat osiemdziesiątych ponownie przyjęte do wielkiej internacjonalistycznej rodziny młodzieżowych organizacji walczących o lepszy socjalistyczny Świat. Jednym z elementów naszego uczestnictwa była wzajemna wymiana oficjalnych delegacji z okazji ważnych świąt.
Najważniejszym Świętem naszego Wielkiego Brata była oczywiście rocznica Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej, ale obchodzonej u nas w listopadzie oraz zaraz po niej, oczywiście Dzień Zwycięstwa obchodzony dzień wcześniej niż na Zachodzie. Nie muszę wspominać, że my również obchodziliśmy te same święta, chociaż nasza celebra była jednak mniej entuzjastyczna.
Radziedzcy (w gronie działaczy tak nazywaliśmy wielonację mieszkającą na wschód od Bugu) obchodzili jednak autentycznie i z pełnym zaangażowaniem. Naród świętował według ustalonego rytuału, najpierw akademia ku czci…, a później ludowy festyn tzn. spotkanie z weteranami (z tymi z czasów rewolucji był kłopot bo wymarli), a później występy ludowych artystów i oczywiście gorzała w tradycyjnych stakańczykach, zakąszana zupełnie przyzwoitą słoniną, ogórcami albo wąchanie chlebem (starsi koledzy pokażą o co chodzi).
W tymże 1985 roku przytrafiło mi się uczestniczyć w delegacji polskiej młodzieży wraz z Zenkiem Pokojskim od studentów pracujących, w obchodach Dnia Zwycięstwa w Związku Radzieckim. Pełniłem wówczas funkcję Przewodniczącego Komisji Zagranicznej Rady Naczelnej ZSP, ale szefem naszej delegacji był Zastępca Naczelnika Związku Harcerstwa Polskiego (skleroza -nazwiska już nie pamiętam). Gość trochę wiekowy (k… teraz to my tyle mamy), sztywniak i mrukowaty, ale na swój sposób sympatyczny. Jak na dobrego harcmistrza kielicha na bankietach nie odmawiał. Pozostali członkowie delegacji to po dwie osoby z każdej słusznej organizacji oraz dwóch weteranów. Zapamiętałem jednego z nich. Wspomnień frontowych to raczej nie miał, ale za to świetnie szły mu opowiadania z czasów utrwalania. No cóż, takich również mieliśmy weteranów.
Do Moskwy z Warszawy przylecieliśmy samolotem. Żadne kontrole celne oczywiście nas nie obowiązywały. Przywitał nas tow. Oskin kierownik wydziału polskiego Komitetu Centralnego Komsomołu (oni nawet takie coś mieli) i ktoś z ambasady polskiej. Potem w busik i do hotelu, taki na Leninskich Gorkach (nowoczesny, budowany przez jakąś zachodnią firmę) z fajnym widokiem na całą Moskwę. Kolacja w towarzystwie naszych opiekunów i lulu bo następny dzień był już mocno zagospodarowany. Po śniadaniu pojechaliśmy na ogólne spotkanie wszystkich przybyłych ze świata delegacji. Narodu było tam od groma. Oczywiście wszystkie europejskie demoludy, ale również przedstawicie niezwyciężonego narodu wietnamskiego, angolskiego i różnych innych nadal walczących (no chyba już skończyli).
Pobyt w Moskwie był raczej standardowy. Najpierw Mauzoleum Lenina na Krasnoj Płoszczadi, a potem Muzeum Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Mauzoleum oczywiście robi wrażenie. Kolejki, aby dojść do celu stały tam po 8 godzin, ale oczywiście takie delegacje jak nasze czekały do 15 min (ale to musiało wkurzać kolejkowiczów). Kilkanaście schodków, półmrok i specyficzny mikroklimat. W środku w kryształowej trumnie ON. Zatrzymywać się i kontemplować nie wolno, chyba, że na chwilę aby złożyć stosowny ukłon. No i znowu powrót do krainy żywych. Niesamowite wrażenie robi również Muzeum Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Oryginalny czerwony sztandar, który zawisł na Reichstagu, albo pocisk który wtopił się w komsomolską legitymację obrońcy Stalingradu. Wiele tam takich perełek.
Ale największym przeżyciem było oczywiście uczestnictwo w Paradzie Zwycięstwa na Placu Czerwonym. Postawili nas gdzieś na końcu placu za grupą radzieckich weteranów. Jak wygląda defilada wszyscy dobrze wiemy z transmisji telewizyjnych, ale to co mi zostało w pamięci to niesamowity hałas gąsienic i niesamowity zapach spalin. Wrażliwi mogą dostać militarnego orgazmu.
Druga część naszego pobytu miała miejsce w Tule. Tuła jest miastem znanym z samowarów i produkcji taganek – prostych wozów pancernych, które zasłużyły się w czasach rewolucji. Ale Tuła to również miasto-bohater. Miast bohaterów w ZSRR było kilkanaście. Były to miasta, które swoim heroizmem spowodowały zatrzymanie armii niemieckiej i odwrócenie biegu historii.
Obchody Dnia Zwycięstwa mają w takich miastach swoisty rytuał. Najpierw uczestniczyliśmy
w długim marszu, który szedł przez całe miasto, a młodzież niosła długi na kilkaset metrów wieniec, który był hołdem dla wszystkich poległych w wojnie. Marsz kończył się na stadionie miejskim, na którym odbyło się potężne widowisko stadionowe poświęcone historii i dniu współczesnemu Związku Radzieckiego. Żywe obrazy, wielkie grupy akrobatów utkwiły na lata w pamięci.
I jeszcze jedna uroczystość, którą na długo zapamiętałem. Kolejnego dnia wsiedliśmy do autokarów, które zawiozły na imprezę pod kurchanem. Jechaliśmy tam kilka godzin. Siedziałem z kolegą z Węgier i wymienialiśmy poglądy o celowości takich imprez podziwiając piękne widoki. Na miejsce dojechaliśmy już po zmroku. W tle zobaczyliśmy kurchan. Jest to olbrzymi na wiele metrów usypany kopiec, na którego wierzchołku był zapalony wieczny ogień. Kurchany są usypane w miejscach, gdzie odbyły się bitwy, które odwróciły bieg historii. A więc przeraźliwa cisza, kilkaset metrów bardzo szerokiego chodnika wzdłuż którego co kilka metrów stali pionierzy ubrani w białe koszule i czerwone chusty. Jedną ręką salutowali (tak nad głową) a w drugiej trzymali olbrzymie pochodnie. No i na końcu kurchan. Potem kilka przemówień i już bardziej przyjazna pieśń – Dień Pobiedy.
Uff. Ciężka świąteczna robota.
PS. Putina wtedy nie spotkałem, ale jako młody enkawudzista zapewne stał obok.
Jacek Kozłowski